sobota, 11 października 2014

Wieczny wędrowiec - część piąta




Dobra...twardym trzeba być, więc lecimy dalej.

Dom w Orłowie był wspaniały, robił wrażenie na każdym, kto tam przyjechał. Właściwie był to zabytkowy pałac dawnego niemieckiego arystokraty, który mieszkał niegdyś na tym terenie,  z czerwonej cegły i kamiennej podmurówki fundamentów.
 Czterech majestatycznych wież na narożnikach, czterech frontalnych wejść z tarasem i szerokimi schodami.
Wokół otaczał go niesłychanie piękny park oraz w oddali ogród warzywny i owocowy.
Przyznam, że byłem oczarowany. Do pałacu przylegała też ogromna stodoła, mały domek dla służby, chlewnia, zagrody dla koni i kilka arów ziemi, którą dyrekcja wykorzystywała na potrzeby własne domu dziecka - hehe...ten domek dla służby (tak mi się napisało), był wykorzystany na mieszkania dla woźnego, jednego wychowawcy, jednego pracownika gospodarczego, instruktora harcerstwa i jeszcze ktoś tam, ale zmieniało się to ustawicznie - nawet ja tam mieszkałem krótko, gdy już jako absolwent, przyjechałem z wizytą i nie miałem gdzie się czasowo podziać...itd.
Była nas tam prawie setka luda (z przewagą na chłopców) i mieszkaliśmy w wielkich salach, w których było zazwyczaj osiem, dziesięciu wychowanków - na parterze chłopcy, na piętrze ze wspaniałym krużgankiem, na który wiodły wysokie, okrężne schody, dziewczęta.
 W wielkim hallu (centralnym punkcie pałacu) i otaczającymi go krużgankami, gdzie tłoczyły się do kibicowania dziewczęta, stał piękny stół do ping ponga, jasno oświetlony słońcem, gdyż dach w tym miejscu był w takim eliptycznym kształcie przeźroczysty, wykonany ze szkła.

O Maryjo... ileż ja godzin przy nim spędziłem, nie da się policzyć  

Piwnice zajmowały kuchnie, stołówki i różne pomieszczenia gospodarcze ( nie w takim znaczeniu piwnic, jak współcześnie), gdyż nie były one poniżej poziomu gruntu, te poniżej były dla nas niedostępne i zawsze nas intrygowało, co tam  naprawdę się znajduje - temat wielu dyskusji nocnych, młodych chłopców o wybujałej wyobraźni awanturniczej.
Naszej paczki z Inowrocławia nie rozdzielano i dostaliśmy się na jedną salę, co było dla mnie wielkim atutem...no i fakt, kadra w tym domu dziecka była wykwalifikowana do opieki i bardzo serdeczna.
A już dyrekcja, wówczas Stanisław i Grażyna Korpalscy, po prostu wzorem i niemal ideałem trudnym do osiągnięcia przez inne tego typu domy.
Dla mnie stali się właściwie rodziną, i także po wielu latach (gdy już byli na emeryturze), kiedy wpadałem do Torunia, witali mnie w swym domu słowami: "synu mój" i zawsze mieli dla mnie wolny pokój oraz czas.
Przejawiali taką matczyną miłość nie tylko w stosunku do mnie, ale wszystkich wychowanków.  Kochał ich każdy, największy nawet łobuz w domu dziecka i gdy już odchodzili w stan spoczynku, było wielkie poruszenie i płacz.
Oboje, Grażyna i Stanisław brali udział przed laty w powstaniu warszawskim (ślub wzięli w czasie walki), mieli dużo pamiątek a ich opowieść z tamtych dni, była niekończącą się epopeją na długie jesienne wieczory. Pani Grażyna z wykształcenia była polonistką, kobietą, łagodną i bardzo kobiecą, acz bardzo stanowczą i w jej ramionach miękło każde harde serce. Jej mąż były oficer i inżynier budownictwa o bardzo pragmatycznym, życiowym charakterze, może pozornie chłodnym, lecz o wielkim sercu.
Mieliśmy dużo szczęścia, że w takich oto warunkach przyszło nam teraz żyć i rozwijać się... nigdy później, nie spotkałem równie sprzyjającego miejsca.
A zmieniłem ich jeszcze kilka...

cdn.

Pozdrawiam

OSKAR



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz